O autorze
Z wykształcenia na razie nikt, ale kocham filmy, zwłaszcza te dobre i to o nich będę tu pisać. Studiuję dziennikarstwo i wcale nie żałuje, że nie wybrałam architektury. W Warszawie mieszkam od sześciu lat i nie mam ani żony, ani męża, ani dzieci, ani doświadczenia, którym warto by było się chwalić, więc nic nie będzie odwracać uwagi od kina.

“Prawdziwy detektyw” podbija inne galaktyki

Oto film z serii “co by było gdyby...”, obsypany nominacjami i z jednym Oscarem na koncie, który w moim sercu ratuje gatunek Science Fiction. Bolą od niego oczy, bo przez prawie 3 godziny nie można ich oderwać od ekranu. Boli zadek, bo trzy godziny to spory okres czasu, ale….. A czy ciekawy? Bardzo.

"Interstellar", to film, który odrzucił mnie już samym zwiastunem. Myślałam: banał, widziałam to milion razy. I chociaż koledzy usilnie namawiali mnie bym wybrała się na niego do kina, nie dałam się. Dopiero, gdy polecił mi go mój tzw. asystent z Filmweba, dałam się skusić. Mówiąc szczerze miałam już w głowie tysiąc (no może trochę przesadziłam, bo tylko dwa) tytułów dla tej recenzji, które, mówiąc krótko, nie byłyby zachęcające i miażdżyłyby ten film. Na szczęście lub nieszczęście, film zwalił mnie z nóg i nie dał żadnych podstaw do kwestionowania 25 nominacji i zachwytów na całym świecie. Początkowo (czyli przez pierwsze 42 minuty) prawie nic się nie działo, czyli tak jak w Greyu. Z tym, że to soft porno, które od miesięcy krzywdzi nasze uszy piosenką “Lo-lo-love me like You do”, nie sięga „Interstellarowi” nawet do pięt.

Okazuje się bowiem, że wspomniane 42 minuty to prolog, którego zwyczajnie nie da się ominąć, więc nie dajcie się nudzie. Warto wytrzymać. Poznajemy w nim Matthew McConaugheya, odtwórcę głównej roli czyli Coopera, który na początku filmu jest rolnikiem z wyższym wykształceniem i NASA w CV. Dzieci, zmarła żona i zabójczy kurz, czyli “normalne życie” przeciętnego człowieka w amerykańskiej superprodukcji. Coś zaczyna się dziać, kiedy jego córka nagle twierdzi, że szeroko pojęty “duch” chce się z nią skontaktować, co delikatnie irytuje naszego bohatera. Z biegiem czasu wspomniany duch, korzystając z książek, pyłu i grawitacji zaczyna przekazywać naprawdę istotne informacje. Dlaczego istotne, to okazuje się dopiero pod koniec wspaniałego choć długiego seansu, ale nie chcę spoilerować. Warto poczekać do samego końca.

Gra aktorska, oczywiście bez zarzutów, bo główne role to para świetnych aktorów (Matthew McConaughey i Anne Hathaway), ale w gatunku SciFi, bądźmy szczerzy, przecież nie o grę aktorską chodzi. Dobrze jednak, że aktorzy nie chowają się za konwencję, tylko dają z siebie wszystko. Efekty, czyli meritum i sens powstania naukowej fikcji, są… jak by to powiedzieć… WOW! Ktoś musiał zrobić bardzo duży zielony pokój (green box) , żeby tak to doskonale i wiarygodnie wszystko na ekranie wyszło. Obrazy planet, na których toczy się akcja są tak niesamowicie piękne, że czasem nawet odwracają uwagę od dobrej i przejmującej fabuły. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik i chociaż w pewnym momencie całość troszkę trąca banałem, to pod koniec okazuje się, że wcale nie.
To nie jest BANALNY film.
To nie jest też kolejny film katastroficzny i nie ma w nim nadmiaru patosu oraz heroizmu, co często zdarza się w kinie science fiction.
Wielkie brawa i pokłony. To, co właśnie obejrzałam, nazwałabym produkcją “prawiekatastroficzną”, ale nie chcę palić widzom zakończenia filmu.

Na koniec jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której nie można zapomnieć pisząc o “Interstellar”, a mianowicie Muzyka. Celowo napisałam “z dużej” bo
zasłużyła. Można ją wrzucić do jednego worka z soundtrackiem “Marzyciela” czy “Alicji w Krainie Czarów”, a to dlatego, że tak jak efekty specjalne, jest na poziomie WOW. Nienarzucające się, piękne dźwięki, które w dobrych momentach ustępują miejsca głębokiej ciszy. Jak dla mnie to arcydzieło.

Tak, jest to dopracowana historia pełna ciekawych, logicznych I szanujących inteligencję współczesnego widza, wychowanego na dobrych produkcjach, zwrotów akcji. Jednak nie do końca wiem, po co powstał. Kurzu na ziemi nie mamy jeszcze na tyle dużo żeby się tym martwić i nie brakuje nam jedzenia. Póki co. Większość osób nie wierzy tez w inny wymiar, więc po co taki film? Nie wiem. Czysta rozrywka? Chodzi tylko o zysk? Być może o tym dowiem się za jakiś czas, bo film ten zostaje w widzu na długo. Wraca jak bumerang, nie pozwala o sobie łatwo zapomnieć, co w dobie czasów, kiedy zapominamy nawet o rzeczach ważnych po kilkunastu minutach, jest już osiągnięciem.

Film dostaje ode mnie 5, bo 6 zostawiam dla efektu pracy geniusza, który się jeszcze pewnie nie urodził. Cieszę się, że po długiej posusze filmowej, natrafiłam na coś, gdzie nie ma się do czego przyczepić.
Trwa ładowanie komentarzy...