Stare ale… genialne się nie rymuje

Ten tekst nie będzie recenzją a raczej pieśnią pochwalną dla wspaniałej włosko­francuskiej produkcji, starszej ode mnie ponad dwukrotnie jednak nadal aktualnej. Jest to film, nie docenionym przed Globy, Oscary ani nawet Filmweba czyli “Ostatnie Tango w Paryżu”.

Kilka tygodni temu, zostałam poproszona przez wykładowcę o obejrzenie a następnie przeanalizowanie “Ostatniego Tanga w Paryżu”. Wcześniej oczywiście, coś tam się obiło o uszy, jednak z tego co słyszałam w różnych mediach, film ten zaczyna się i kończy na tzw. scenie z masłem(długo by tłumaczyć, więc odsyłam do filmu, jeśli ktoś nie widział). Ku mojemu zdziwieniu jest to fabuła, która sięga dużo głębiej. Ok, mamy dziewczynę i mężczyznę, trupa, a nawet nie jednego, więc rysuje się w głowie dość banalna historia. Ale banał to ostatnie słowo, którego można użyć do opisania tego filmu.


Mogłabym krótko i zwięźle napisać, że film jest po prostu genialny. W przypadku tego mistrzostwa z szacunku i podziwu chcę się jednak pochylić nad pewnymi szczegółami i ogółami. Po pierwsze scenariusz Bernardo Bertolucciego, z resztą tak samo jak rezyseria. Mówiąc bardzo ogólnikowo, to jest historia o parze, która spotyka się początkowo na sex bez zobowiązań. Potem pojawiają się zobowiązania i pod koniec w mniej lub bardziej miłych okolicznościach historia się kończy. Jednak gdyby to było takie proste to film pt. To właśnie sex (czyli komedia romantyczna o ładnych ludziach) nazywał by się Ostatnie Tango w Paryżu Remake. Okazuje, że pod kołderką z nagości, krzyków i pięknej figury Marii Schneider jest drugie dno. Jest druga historia tak wielowątkowa, że “Zbrodnia i Kara” się chowa. Mamy mężczyznę, postać tragiczną, pewien symbol przemijającego pokolenia, który po samobójstwie żony znajduje sposób na odreagowanie w romansie z młodą i piękną hipiską z dobrego domu. Z kolei kobieta, a w sumie dziewczyna, którą się zainteresował z hipiski zmienia się w mieszczańską lalę. I co z tego, że ona ma rozpuszczone włosy i jeansy skoro myśli już tylko o życiu w stylu POP, czyli o zakłamanym konsumpcjonizmie. Pojawiają się jeszcze postaci poboczne, ale już po tym krótkim streszczeniu, a nawet nie streszczeniu tylko wstępie streszczenia, widać, że nazwanie tego filmem erotycznym (jak to zrobił Filmweb) jest dużym niedocenieniem. Bo seks jest i to nawet ładny, ale nie tylko o to chodzi w tym filmie. Przecież to jest historia o niespełnionych oczekiwaniach a nie o cyckach.

Po drugie Maria Schneider. Młoda, trochę pyzata, mówiąc szczerze w pierwszej scenie jej nie polubiłam, głównie ze względu na postać, w którą się wcielała, czyli trochę rozpieszczoną, trochę zakłamaną i ogólnie trochę za bardzo. Trzeba jednak przyznać, że zagrała świetnie. Fizycznie bardzo pasuje do roli, bo wygląda bardziej jak dziecko niż kobieta i przy tym gra osobę mocno infantylną, więc to jest strzał w 10. Po trzecie muzyka autorstwa Gato Barbieriego, i tutaj powiem tylko, że dodaje filmowi klimat, którego nie widać gołym okiem, którego nie ma na ekranie, bo trzeba go po prostu usłyszeć. Zdecydowanie nie gryzie się z akcją, jest ciągle gdzieś obok, ale się nie narzuca. Jak szum samochodów za oknem. Pewnie właśnie dzięki temu, że soundtrack nie jest w żadnym stopniu nachalny, od dłuższego czasu saksofon z filmu towarzyszy mi niemal codziennie. Po czwarte ujęcia, montaż i wszystko co związane z kamerą. Film trwa ponad 2 godziny, a nie ma w nim ani jednej sceny, która byłaby za długa, do których jest tendencja w dzisiejszym kinie. Jeśli chodzi o ujęcia, cały film to dzieło sztuki. Cienie, światła, nieostrości, wszystkie detale sprawiły, że oglądając “Ostatnie Tango w Paryżu” byłam jednocześnie zachwycona i przerażona. Przerażający był fakt, że to bardzo smutna historia, ale cała oprawa jest po prostu piękna. Wszystko jest doskonale pokazane. Nie ma żadnego błędu.


Po piąte, szóste, siódme i tak do setki albo i dalej, Marlon Brando. Za sam pomysł wybrania tego aktora do tej właśnie roli należą się brawa, ale za odegranie jej należy się aplauz 3 razy większy i to na stojąco. Uczucia, które piętrzą się w bohaterze wylewają się z ekranu. Są do bólu realistyczne i tak jak w życiu, czasem widać je jak na dłoni, a innym razem musimy się ich domyślać. Nie wyobrażam sobie nikogo, kto tak pasowałby do głównej roli. Wyrazy twarzy, postura, sposób poruszania się… Ten film mógłby być niemy a i tak zwaliłby by na kolana i nie przesadziłabym mówiąc, że znajduje się on na podium światowego kina.

Trwa ładowanie komentarzy...