O autorze
Z wykształcenia na razie nikt, ale kocham filmy, zwłaszcza te dobre i to o nich będę tu pisać. Studiuję dziennikarstwo i wcale nie żałuje, że nie wybrałam architektury. W Warszawie mieszkam od sześciu lat i nie mam ani żony, ani męża, ani dzieci, ani doświadczenia, którym warto by było się chwalić, więc nic nie będzie odwracać uwagi od kina.

Stare ale… genialne się nie rymuje

Ten tekst nie będzie recenzją a raczej pieśnią pochwalną dla wspaniałej włosko­francuskiej produkcji, starszej ode mnie ponad dwukrotnie jednak nadal aktualnej. Jest to film, nie docenionym przed Globy, Oscary ani nawet Filmweba czyli “Ostatnie Tango w Paryżu”.

Kilka tygodni temu, zostałam poproszona przez wykładowcę o obejrzenie a następnie przeanalizowanie “Ostatniego Tanga w Paryżu”. Wcześniej oczywiście, coś tam się obiło o uszy, jednak z tego co słyszałam w różnych mediach, film ten zaczyna się i kończy na tzw. scenie z masłem(długo by tłumaczyć, więc odsyłam do filmu, jeśli ktoś nie widział). Ku mojemu zdziwieniu jest to fabuła, która sięga dużo głębiej. Ok, mamy dziewczynę i mężczyznę, trupa, a nawet nie jednego, więc rysuje się w głowie dość banalna historia. Ale banał to ostatnie słowo, którego można użyć do opisania tego filmu.


Mogłabym krótko i zwięźle napisać, że film jest po prostu genialny. W przypadku tego mistrzostwa z szacunku i podziwu chcę się jednak pochylić nad pewnymi szczegółami i ogółami. Po pierwsze scenariusz Bernardo Bertolucciego, z resztą tak samo jak rezyseria. Mówiąc bardzo ogólnikowo, to jest historia o parze, która spotyka się początkowo na sex bez zobowiązań. Potem pojawiają się zobowiązania i pod koniec w mniej lub bardziej miłych okolicznościach historia się kończy. Jednak gdyby to było takie proste to film pt. To właśnie sex (czyli komedia romantyczna o ładnych ludziach) nazywał by się Ostatnie Tango w Paryżu Remake. Okazuje, że pod kołderką z nagości, krzyków i pięknej figury Marii Schneider jest drugie dno. Jest druga historia tak wielowątkowa, że “Zbrodnia i Kara” się chowa. Mamy mężczyznę, postać tragiczną, pewien symbol przemijającego pokolenia, który po samobójstwie żony znajduje sposób na odreagowanie w romansie z młodą i piękną hipiską z dobrego domu. Z kolei kobieta, a w sumie dziewczyna, którą się zainteresował z hipiski zmienia się w mieszczańską lalę. I co z tego, że ona ma rozpuszczone włosy i jeansy skoro myśli już tylko o życiu w stylu POP, czyli o zakłamanym konsumpcjonizmie. Pojawiają się jeszcze postaci poboczne, ale już po tym krótkim streszczeniu, a nawet nie streszczeniu tylko wstępie streszczenia, widać, że nazwanie tego filmem erotycznym (jak to zrobił Filmweb) jest dużym niedocenieniem. Bo seks jest i to nawet ładny, ale nie tylko o to chodzi w tym filmie. Przecież to jest historia o niespełnionych oczekiwaniach a nie o cyckach.

Po drugie Maria Schneider. Młoda, trochę pyzata, mówiąc szczerze w pierwszej scenie jej nie polubiłam, głównie ze względu na postać, w którą się wcielała, czyli trochę rozpieszczoną, trochę zakłamaną i ogólnie trochę za bardzo. Trzeba jednak przyznać, że zagrała świetnie. Fizycznie bardzo pasuje do roli, bo wygląda bardziej jak dziecko niż kobieta i przy tym gra osobę mocno infantylną, więc to jest strzał w 10. Po trzecie muzyka autorstwa Gato Barbieriego, i tutaj powiem tylko, że dodaje filmowi klimat, którego nie widać gołym okiem, którego nie ma na ekranie, bo trzeba go po prostu usłyszeć. Zdecydowanie nie gryzie się z akcją, jest ciągle gdzieś obok, ale się nie narzuca. Jak szum samochodów za oknem. Pewnie właśnie dzięki temu, że soundtrack nie jest w żadnym stopniu nachalny, od dłuższego czasu saksofon z filmu towarzyszy mi niemal codziennie. Po czwarte ujęcia, montaż i wszystko co związane z kamerą. Film trwa ponad 2 godziny, a nie ma w nim ani jednej sceny, która byłaby za długa, do których jest tendencja w dzisiejszym kinie. Jeśli chodzi o ujęcia, cały film to dzieło sztuki. Cienie, światła, nieostrości, wszystkie detale sprawiły, że oglądając “Ostatnie Tango w Paryżu” byłam jednocześnie zachwycona i przerażona. Przerażający był fakt, że to bardzo smutna historia, ale cała oprawa jest po prostu piękna. Wszystko jest doskonale pokazane. Nie ma żadnego błędu.


Po piąte, szóste, siódme i tak do setki albo i dalej, Marlon Brando. Za sam pomysł wybrania tego aktora do tej właśnie roli należą się brawa, ale za odegranie jej należy się aplauz 3 razy większy i to na stojąco. Uczucia, które piętrzą się w bohaterze wylewają się z ekranu. Są do bólu realistyczne i tak jak w życiu, czasem widać je jak na dłoni, a innym razem musimy się ich domyślać. Nie wyobrażam sobie nikogo, kto tak pasowałby do głównej roli. Wyrazy twarzy, postura, sposób poruszania się… Ten film mógłby być niemy a i tak zwaliłby by na kolana i nie przesadziłabym mówiąc, że znajduje się on na podium światowego kina.

Trwa ładowanie komentarzy...