“Książę Persji” wybaczony

Jake Gyllenhaal to aktor, który ma na swoim koncie kilka naprawdę interesujących filmów, takich jak “Zodiak” czy “Tajemnica Brokeback Mountain”, jednak długo nie mogłam mu wybaczyć “Księcia Persji”. Na szczęście odkupił swoje winy “Wolnym Strzelcem”, który Akademii nie rzucił na kolana, ale mnie tak.

Biorę dziś na warsztat kino, ani łatwe ani przyjemne, takie które bardziej przypomina poniedziałkowy poranek niż niedzielne popołudnie, które niestety wybrałam na ten seans. Nie mam tu na myśli oczywiście, że “Wolny Strzelec” to zły film, bo to nie prawda, myślę po prostu, że w weekend, jeśli nie chce się w przeciągu dwóch godzin stracić wiary w ludzkość, lepiej obejrzeć coś lżejszego.

W wiadomościach, non stop jesteśmy zalewani filmami i filmikami z miejsc wypadków, katastrof i pewnie większość ludzi, w tym ja, nie myśli nawet jak te materiały powstają. Serwisy informacyjne żywią się ludzkim zamiłowaniem do krwi na ekranie, a w “Wolnym Strzelcu” dbanie o atrakcyjność wizualną wypadków i mordów aż kłuje w oczy. Głównego bohatera filmu, Louisa Blooma(Jake Gyllenhaal) poznajemy w momencie kiedy jako bezrobotny, łapie się każdej możliwości żeby zarobić na życie. Już w pierwszej scenie jednak zauważamy, że jest to typ mocno podejrzany, który po miłej rozmowie, z przepięknym uśmiechem daje w mordę ochroniarzowi. Szybko dowiadujemy się, że jest ambitny i chce się rozwijać choć na papierku nie ma zbyt wielu szkół. Zdolny człowiek z niego, wie jak rozmawiać z ludźmi, wie jak nimi manipulować doskonale rozumie, słucha i wyciąga wnioski. Problem jest jeden, on nie lubi ludzi. Odnajduje się doskonale w świecie mediów jako twórca materiałów z miejsc najbardziej krwawych scen. Jego brak uczuć i empatii pomaga mu osiągnąć sukces.


Momencik chcę poświęcić na grę aktorską, tylko momencik bo jest to ten typ filmu, w którym gra głównie jeden aktor. Reszta obsady to dodatki, rekwizyty służące tylko do tego, żeby Jake Gyllenhaal nie mówił do siebie. Chociaż biorąc pod uwagę jak dobrą robotę odwalił w tej roli to pewnie dałby radę zagrać wszystko sam, jak Królik Bugs. Gdy tylko pojawia się na ekranie to już budzi jakiś wewnętrzny niepokój. Niby grzeczny, pokorny, uprzejmy, ale… No właśnie. Grzecznego i spokojnego łatwo zagrać, każdy ma to przećwiczone jeśli choć raz chciał coś ukryć przed rodzicami. Perełką tej roli jest jednak to, że miły charakter bohatera jest wyuczony i sztuczny, co z resztą widać jak na dłoni. A przecież takich ludzi boimy się najbardziej, tych którzy zachowują się jak przyjaciele, ale ich spojrzenie mówi: “Roztrzaskam ci łeb o ścianę jak tylko oderwiesz ode mnie wzrok”.

Jeszcze sekundka na ogólną aparycję głównego bohatera, która oczywiście nie tak świetna jak gra aktorska, ale dodaje postaci smaczku. Polecę trochę pudelkiem, ale Jake Gyllehaal schudł do tej roli ponad 10 kilo, a takiemu poświęceniu zawsze należy się szacunek. Myślę, że jako przystojniak z “”Miłości i Innych Używek” nie działałby na publikę tak jak w filmowej postaci skóry i kości z przetłuszczonymi włosami i anemicznymi cieniami pod oczami.

Mówiąc szczerze, po pierwszych 20 minutach filmu byłam niemal w 100 procentach pewna, że zakończeniem będzie wielka zmiana głównego bohatera. Jakiś moment, wydarzenie, które tak nim wstrząśnie, że odejdzie z zawodu i przestanie ganiać za trupami. Niestety jednak na tak typowy happy end nie ma co liczyć. Historia ma otwarte zakończenie, jednak tak brutalnie prawdziwe, że chyba każdemu mocno wryje się w pamięć. Pomijając już fakt, że film pokazuje jak bezwzględne jest środowisko mediów, to ma też prosty morał, który pojawia się nawet w baśniach i bajkach dla dzieci. Wilk w owczej skórze istnieje, tylko w postaci miłego pana z dziwnym uśmiechem, który chętnie by nas skatował dla dobrego materiału.

Trwa ładowanie komentarzy...