O autorze
Z wykształcenia na razie nikt, ale kocham filmy, zwłaszcza te dobre i to o nich będę tu pisać. Studiuję dziennikarstwo i wcale nie żałuje, że nie wybrałam architektury. W Warszawie mieszkam od sześciu lat i nie mam ani żony, ani męża, ani dzieci, ani doświadczenia, którym warto by było się chwalić, więc nic nie będzie odwracać uwagi od kina.

Somewhere, czyli historia o tym, że nie wiemy co to miłość

Filmweb
Każdy chyba ma taki film, który chciałby obejrzeć ale z jakichś przyczyn jeszcze tego nie zrobił. Film, który jak już się chciało właczyć to akurat dzwonił znajomy, szef, lekarz, żona albo ktokolwiek inny i zawsze coś było ważniejsze. Moim filmem do którego zabierałam się jak przysłowiowa sójka było „Somewhere”, na które czekałam aż 4 lata.

Przez bardzo długi czasu robiłam sobie pewne nadzieje na ten film i już trochę o nim słyszałam, więc moje oczekiwania były dużo większe niż zazwyczaj, ale mówiąc szczerze nie zawiodłam się. Co prawda fabuła, to odgrzewany kotlecik, ale tak dobry, że mimo wszystko smakuje.

Główny bohater to aktor, Johny Marco (Stephen Dorff ), światowa sława, hotele, imprezy, kobiety na jedną noc... wszyscy wiemy o co chodzi. Mężczyzna jest w średnim wieku ale bardzo dobrze się trzyma, jest właśnie między dwiema kolejnymi rolami, więc poza promocją pierwszej z nich nie robi prawie nic. Typowy hedonista, zasypia przy tańczących na rurach pięknościach, każda jest jego, ale w sercu ma tylko jedną jedyną Cleo (Elle Fanning) czyli swoją córkę. Pewnego dnia jedenastolatka odwiedza go bez zapowiedzi a jej matka informuje go, że wyjechała i nie wie kiedy wróci. Mężczyzna musi tak dostosować swój grafik, żeby znaleźć czas na swoją małą kobietkę.

Jonny dla córki jest bardziej kolegą niż ojcem, razem grają w gry, jedzą lody w łóżku i opalają się nad hotelowym basenem. Dziewczynka wydaje się być dużo dojrzalsza od ojca ale świetnie się zgrywają. Chociaż są kompletnymi przeciwieństwami to tworzą bardzo dobry zespół, być może dla tego, że nie widują się na co dzień.

Elle Fanning to już nie początkująca aktorka, zagrała u boku Brada Pitta w „Ciekawym przypadku Benjamina Buttona” i „W krainie Czarów”. Rolę w "Somwhere" również należy wpisać na listę zdecydowanych sukcesów. Uroda aniołka i niewinna buzia dopełniły co prawda charakter postaci ale sama gra aktorska była na, naprawdę światowym poziomie. Bardzo fajnie zostały przez nią oddane małe emocje, czyli chwilowe złości i wzruszenia. Cały ten film opiera się właśnie na takich małych emocjach.

Jeśli chodzi jednak o Sephena Dorffa, to należy mu się podwójna pochwała, bo moim zdaniem zagrał on dwie postaci. Jedną jako gwiazdor Jonny, ze sztucznym, ugrzecznionym uśmiechem i na wiecznym kacu, natomiast drugą jako ojciec i przyjaciel Cleo - czuły, troskliwy i żałujący swojej nieobecności facet, który ma tylko jedno oczko w głowie, swoją córeczkę. Oba te charaktery były odegrane pierwszoligowo i tak jak w przypadku Elle warto zwrócić uwagę na te malutkie, chwilowe emocje, na to z jaką czułości patrzy na córkę i jaką tęsknotę ma w oczach kiedy musi ją, po raz kolejny opuścić.

Gdybym miała podsumować ten film to jest to jedna z najpiękniejszych historii miłosnych jakie widziałam. Nie chodzi tu o szybką akcję, sex i pocałunki przy zachodzie słońca, które uważamy za miłość w XXI wieku. Zapominamy już o uczuciach spokojnych i bezwarunkowych, które są przecież najtrwalsze. Nie chodzi tu o miłość do końca życia, tylko do końca dnia, bo tyle czasu mają dla siebie Johnny i Cleo. To jest miłość pełna rozczarowań, porażek i rozstania ale też nie mająca niemożliwych do spełnienia oczekiwań, czyli po prostu prawdziwa. Bez marnowania czasu na zbędne rozmowy, kiedy milczenie bywa bardziej wymowne niż najpiękniejsze wyznanie.
Trwa ładowanie komentarzy...