Stereotypowa historia o demonie polskiej znieczulicy

Filmweb
Gdzie znaleźć imprezę tak intensywną, że gościom grozi epilepsja, rozdwojenie jaźni i rozstrój żołądka w jednym? Wystarczy zahaczyć o tradycyjne, polskie, wiejskie wesele. Najlepiej też być panem młodym, chociaż to chyba nie jest warunek konieczny. Tak przynajmniej wynika z najnowszego i niestety ostatniego już filmu Marcina Wrony, pt. “Demon”.

Jak łatwo się domyślić z kilku pierwszych zdań fabuła filmu rozgrywa się na weselu, którego nie było, jeśli mamy brać na poważnie kończącą świętowanie wypowiedź ojca panny młodej (Andrzej Grabowski). Czemu go nie było? Niestety pan młody zamienił się na jaźnie z inną, martwą kobietą, co nie było by to jednak tak problematyczne gdyby przy nie zaczął mówić w jidysz, który rozumiał tylko jeden gość wesela. Mniej więcej tak można streścić “Demona” ale jest to mocne spłycenie, bo film jest dużo bardziej wielopłaszczyznowy.

Niestety jak w co drugim polskim filmie większość historii kręci się wokół stereotypów. W trakcie seansu poznajemy Angola, delikatnego, uczuciowego, który wydaje się być ponad szarą masą znieczulonych Polaków. Dzięki swej poetyckiej duszy widzi to czego nie widzą inni i standardowo, nie ma głowy do picia. Za to pan doktor, typowy inteligent i ateista deklarujący abstynencje nawala się jak świnia, mówiąc kolokwialnie. Mamy też żyda, tak stereotypowego, że można by go było wsadzić w słownik zamiast definicji, krótko mówiąc, starszy facet z przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzą, nie pijący i przez większość gości lekceważony. Na koniec kiepska wisienka na tym kiepskim torcie to sposób przedstawienia Polaków jako ogółu. Znaczna większość gości wesela to debile, którzy jak myślą to albo o Panu Bogu albo o seksie, wszyscy są tak nawaleni, że ledwo stoją, ale piją dalej, bo przecież schłodzone 0.5 ratuje każdą imprezę. Niestety takie banały nie mogą być mocną stroną żadnego filmu, bo tylko Disney zarabia na tym, że cechy bohaterów są wypisane w ich wyglądzie.

Po fatalnym wstępie pojawiają się promyki nadziei, bo okazuje się, że poza banalnymi postaciami są też te mniej banalne. Przykładem jest Ronaldo, pomagier i chłopiec na posyłki ojca panny młodej, który przez całe półtorej godziny filmu odzywa się może ze trzy razy i używa maksymalnie dwóch pełnych zdań a mimo wszystko to co robi jest tak przesycone informacją, że jakiekolwiek słowa są zbędne. Na tle wszystkich przerysowanych ról ta postać jest rewelacyjna. Myślę, że mało który aktor byłby w stanie przedstawić tyle w długim monologu co grający Ronalda, Tomasz Ziętek, w jednym spojrzeniu i machnięciu ręką. Cała rodzinka panny młodej z mamą na czele powinna być opisana w akapicie wyżej, ale nie wiem co więcej mogę powiedzieć o stereotypie “polaczka” za to zaskoczeniem jest brat. W tę rolę wcielił się, uwielbiany ostatnio przez kamery, Tomasz Schuchardt. Początkowo braciszek, czyli “Jasny”, wydaje się być typowym śmieszkiem, jednak z czasem zostaje nam przybliżona jego relacja z ojcem, której określenie jako skomplikowana było by zdecydowanie za delikatne. Tatuś jest synem mocno rozczarowany, o czym nie zapomina mu mówić przy każdej lepszej okazji. Jasny jednak radzi sobie z tym nadzwyczaj dobrze chociaż w sytuacjach bardziej stresowy pojawiała się przerażenie, dezorientacja i panika, swoją drogą pięknie odegrane.

Zdecydowanie na plus działają, też subtelne formy przekazu. Oprócz tej części historii, która została nam podana jak na tacy, mamy małe smaczki, które robią całe tło. Są tam drobiazgi, krótkie ujęcia, symbolika i małe wtrącenia, które początkowo wydają się być bezsensowne, ale na koniec pukamy się z głowę i myślimy “no tak, przecież on to mówi, przecież to tam było”. W końcu polski widz nie jest traktowany jak idiota. Od jakiegoś czasu polskie filmy, pokazywane w kinach stacjonarnych, a nie tylko na festiwalach, były tak oczywiste, że myślę, że tracąc połowe mózgu i tak zrozumielibyśmy wszystko (o ile byśmy ten ubytek przeżyli). Różne postaci można interpretować w różne sposoby, ten film naprawdę daje nam się wykazać. Goście prawdopodobnie chleją na umór, bo taka jest polska tradycja picia, ale może chcą zapić wspomnienie tragicznej historii domu w którym są, domu zamordowanych żydów. Prawdziwe kino z drugim dnem, oczywiste i nieoczywiste zarazem. Historia o czułości i znieczulicy, mnóstwo skrajności i kontrastów, niestety i wykonaniu są i rzeczy dobre i złe.

Plusem i minusem produkcji jest mała ilość efektów specjalnych, które zazwyczaj z filmów o opętaniach się wylewają. Plus to jest dla tego, że raczej mało możliwe jest wygięcie się jak ruski paragraf i następnie chodzenie bez problemów więc nie wiem po co te efekty. Minus dla tego, że nie którzy tego właśnie się spodziewali, bo dobre efekty to jednak rodzaj sztuki. Pozostając w tematyce zaplecza technicznego brawa należą się za tzw. klimat. Precyzując, gra świateł, parująca niemal cały czas ziemia, deszcz, zabawa intensywnością dźwięków i muzyki sprawiają, że chociaż wiedziałam, że ten filmowy demon na pewno nie siedzi za mną w kinie, wolałam dla świętego spokoju, odwrócić się i sprawdzić. Napięcie budowane naprawdę światowym poziomie i chociaż nie zdarza mi się to często to stwierdzam, że ten polski film jest dobry, nie dodając “jak na polski film”.
Trwa ładowanie komentarzy...